Z Penangu wróciliśmy do Butterworth promem a potem wsiedliśmy w pociąg do Bangkoku. Wyjechał z godzinnym opóźnieniem i potoczył się powolutku po torach, właśnie trwały remonty. Bez problemu wypuścili nas z Malezji i wpuścili do Tajlandii i jechaliśmy jeszcze całą noc i kawałek dnia i były strasznie fajne widoki z okna, na góry, palmy, wsie, krowy... Mieliśmy miłe towarzystwo, panią z Francji i panią z Tajlandii i było fajnie, tylko strasznie zimno, ponoć pociągi dopiero niedawno dorobiły się klimatyzacji więc teraz z radości ustawiają ją na maksa.
Dotarliśmy do Bangkoku koło południa i poszliśmy do hotelu najbliżej stacji. Nie był to hotel robiony pod turystów, za to był tani, łóżko miało twardość deski, lampki ani gniazdka nie działały, brak ciepłej wody, toaleta w stylu azjatyckim w dodatku bez spłuczki - same atrakcje. Toaleta w stylu azjatyckim jest to po prostu dziura w podłodze, i takie właśnie są toalety publiczne, w pociągach i właściwie wszędzie poza hotelami i knajpami dla turystów.
Bangkok podobno jest najgorętszą stolicą świata ale przesunęliśmy się już o 13 stopni na północ od SG, zmieniliśmy strefę klimatyczną, już nie jest tak absurdalnie wilgotno i właściwie wydaje nam się że jest przyjemnie rześko. A już całkiem przyjemnie jest nad rzeką. W ogóle miasto wydaje się przyjemne, przyjazne i bezpieczne, nawet w wąskich uliczkach po zmroku.
Samochody również tutaj jeżdżą po lewej stronie, w dodatku jest ich dużo, jest też mnóstwo tuktuków i motorków w różnym stopniu obładowanych wszelkimi dobrami, wszyscy trąbią i jest dość chaotycznie. Miejscami jest brudno i śmierdzi, nareszcie prawdziwa Azja.
Spodziewałam się wieżowców i w ogóle miasta rozwiniętego, a rozwijają się głównie stragany i budy, z pociągu widać całe osiedla blaszanych baraków, czasem z telewizorami i komputerami. Może po prostu nie dotarliśmy do dzielnicy urzędowo-finansowej.
95% społeczeństwa wyznaje buddyzm, świątynie są bardzo zdobne, zadbane, błyszczące, szkoda że nie mieliśmy czasu więcej pozwiedzać.
W Tajlandii rządzi król i właściwie gdzie się człowiek nie obejrzy tam wizerunek króla, np na każdej stacji kolejowej, na bilbordach, na budynkach panstwowych... Podobno za znieważenie króla idzie się do więzienia, nawet jeśli jest się turystą, a turystów Tajlandia bardzo sobie ceni. Biali ludzie kupują bilety kolejowe bez kolejki, paranoja. To dopiero jest szok kulturowy.
piątek, 3 sierpnia 2012
Malezja
Zdaje się że przeceniłam dostępność internetu w Azji południowo-wschodniej, ale spróbuję troszkę częściej pisać.
W sumie do tej pory wszystko idzie gładko niczym egzamin z analizy, poza drobnym szczegółem - wczoraj w okolicach granicy między Tajlandią a Kambodżą straciliśmy aparat, więc możliwe, że poniższe zdjęcia to ostatnie zdjęcia z tej wyprawy.
Z Singapuru, a właściwie z Johor Bahru pojechaliśmy pociągiem do Kuala Lumpur. 6 godzin, bez opóźnień, komfortowo. W Kuala Lumpur jedziemy do Batu Caves - świątynie hinduistyczne w jaskiniach. Jaskinie robią wrażenie, ogromne posągi też, ale, tak jak we hinduistycznych świątyniach które do tej pory widziałam, jest brudno, wszędzie śmieci, gruz, ptasie kupy, tutaj w dodatku włóczyły się kury, ogólnie było bardzo przyjemnie, byliśmy na tyle wcześnie że uniknęliśmy tłumów.
| Kualalumpurska kolejka podmiejska |
| Schody prowadzące do jaskini-świątyni i posąg, chyba Wisznu |
Z Batu Caves wróciliśmy do centrum i poszliśmy zobaczyć Petronas Towers żeby mieć potem co opowiadać kotkowi.
W samym centrum, na Merdeka Square, był rozstawiony wielki ekran i leciała relacja z olimpiady, więc kiedy już nie mieliśmy siły zwiedzać usiedliśmy tam i oglądaliśmy.
Z Kuala Lumpur pojechaliśmy nocnym pociągiem do Butterworth (7h), a stamtąd promem na Penang (15min). Zalogowaliśmy się do hostelu, zrzuciliśmy bagaże i ruszyliśmy autobusem 101 do Teluk Bahang (miało być 20-30 min, było chyba z 50), do parku narodowego. Szlaki okazały się zaskakująco dobrze oznaczone i utrzymane, poleźliśmy na Monkey Beach - dwie godziny spaceru przez równikowy las deszczowy. Na plaży było prawie pusto, mimo nazwy nie było nawet za dużo małp. Niestety woda była dość brudna, a kiedy spróbowałam popływać poparzyła mnie meduza. Ale i tak było fajnie.
| Widok z promu Butterworth-Penang nad ranem |
| Kawa (tak, to na spodeczku to jest lód) i wypieki - mniam |
| Na Penangu było duuużo kotów |
| Teluk Bahang |
| pływająca wioska |
poniedziałek, 23 lipca 2012
Singapur
Singapur -- 137km na północ od równika (137, muahahahahahaha), 710 km$^2$, 5.2mln mieszkańców, co daje trzecie miejsce na świecie w kategorii gęstość zaludnienia. 63 wyspy. 4 języki oficjalne (angielski, mandaryński, tamilski, malajski), trzy alfabety (łaciński, chiński uproszczony, tamilski). Zaledwie 200 lat temu był pokryty równikowym lasem deszczowym, zaledwie 50 lat temu odłączył się (uwolnił?) od Wielkiej Brytanii.
Klimat tropikalny równikowy, temperatura między 25 a 32$^o$C, wilgotność około 80%.
Strefa czasowa GMT+8.
Słońce wschodzi koło 7, zachodzi koło 19, i tak przez cały rok. Miałam nadzieję że gwiazdy będą jakoś fajnie i inaczej niż z Polski wyglądać, ale zanieczyszczenie świetlne jest tak duże że ich w zasadzie nie widać.
Za to podobają mi się parki i rezerwaty przyrody. Spacer po równikowym lesie deszczowym to jednak jest przeżycie. Mogłabym godzinami gapić się na małpy, jaszczurki i kwiatki. Nawet mi nie przeszkadza że spływam potem.
Zdarzyło mi się też że spacer po lesie przerwała mi porządna tropikalna ulewa. Siedziałam sobie pod wiatą a wokół dżungla i deszcz. Jeden z najprzyjemniejszych momentów mojego tutaj pobytu.
Singapurskie zoo jest okropnie drogie, więc z początku byłam do niego nastawiona niezbyt przyjaźnie, ale za możliwość pomiziania lemura zapłaciłabym i trzy razy więcej. A nawet gdyby nie lemur - warto było.
Komunikacja miejska Singapuru uważana jest za jedną z najlepszych na świecie, czemu ani trochę się nie dziwię. Czysta, szybka, punktualna, bezproblemowa, niezbyt droga. Obowiązują wysokie kary za śmiecenie, jedzenie, picie, plucie, palenie, wnoszenie durianów.
Samochody jeżdżą po lewej stronie drogi albowiem znajdujemy się w byłej kolonii brytyjskiej. Stwarza to regularnie zagrożenie dla mojego życia i zdrowia.
Singapur jest podobno jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Tak, bezpieczeństwo jest tutaj bardzo cenione, więc wszystko się monitoruje, podsłuchuje itd. Dzięki temu mogę sobie iść pobiegać o drugiej w nocy i się nie mam czego bać (nie do pomyślenia w Krakowie).
Za posiadanie narkotyków grozi kara śmierci. Nawet za posiadanie śladów narkotyków w organiźmie, nawet jeśli zostały spożyte poza granicami Singapuru, można iść do więzienia i dostać idiotycznie wysoką grzywnę.
Praktykuje się również karę chłosty, np. za przekroczenie dozwolonego terminu legalnego pobytu, albo za graffiti, albo za seks z nieletnią (poniżej 16 roku życia), albo za korupcję.
Za "praktyki homoseksualne" grożą dwa lata więzienia i/lub chłosta. :( To chyba jedyne co mi się w tym kraju poważnie nie podoba.
Posiadanie, wwożenie, używanie gumy do żucia jest zabronione.
Przechodząc do radośniejszych tematów: uczelnia jest zajebista, laby są piękne i ogólnie ociekają kasą. Kampus to osobne miasto w mieście, przestronne, zielone, są sklepy, banki, basen, boiska, siłownie i w ogóle co tylko zechcecie.
No, wystarczy, w końcu są wakacje.
Jedzenie w sumie jest zajebiste, ale po dwóch miesiącach to już jednak mi się znudził ryż i ośmiornice, i cnotę bym oddała za ogórka kiszonego albo normalną bułkę z normalnym serkiem, albo zupę kalafiorową, albo naleśniczka z dżemikiem... eh.
Jedzenie jest dość tanie, zwłaszcza w stołówkach uczelnianych, które są moim głównym źródłem pożywienia. W akademiku nie ma kuchni więc choćbym chciała nie bardzo mam jak coś ugotować.
Alkohol jest absurdalnie drogi. Papierosy są absurdalnie drogie i mają zniechęcające obrazki. Kosmetyki są absurdalnie drogie. Ceny ubrań wahają się od umiarkowanie drogich do absurdalnie drogich. Kino jest absurdalnie drogie.
W związku z powyższym Singapurczycy masowo jeżdżą na zakupy i do kina do Malezji. Ceny w Malezji wydają się być podobne jak w Polsce. Z tym że jest to kraj w zasadzie muzułmański więc ciężko o alkohol.
I w ogóle to wiecie co? Z perspektywy równika rzeczywiście różne sprawy wyglądają inaczej.
pierwszy raz
Moje 8 tygodni na stażu w Singapurze dobiega końca. Zbliża się moja pierwsza tak długa, pierwsza pozaeurpoejska podróż. Plan jest taki: Singapur -> Malezja -> Tajlandia -> Kambodża -> Wietnam -> Chiny -> Rosja -> Ukraina -> Polska. Środek transportu: kolej, a tam gdzie się nie da - autobus.
Celem tego bloga jest stworzenie czegoś w rodzaju pamiątki z podróży, a przy okazji podzielenie się informacjami praktycznymi, a nuż komuś się przydadzą.
Po kilku miesiącach planowania, po setkach godzin spędzonych przed komputerem na planowaniu i przygotowaniach... za kilka dni wyruszamy! Plan mamy dość napięty, tę trasę można spokojnie rozciągnąć do trzech albo i sześciu miesięcy, a my chcemy zdążyć w 5 tygodni, niektórzy nam wyraźnie dawali do zrozumienia jaki to głupi pomysł, ale trudno, od czegoś trzeba zacząć. Nabyliśmy już część biletów i ogólnie sikamy w majty z podniecenia.
Celem tego bloga jest stworzenie czegoś w rodzaju pamiątki z podróży, a przy okazji podzielenie się informacjami praktycznymi, a nuż komuś się przydadzą.
Lokalizacja:
Singapur
Subskrybuj:
Posty (Atom)
